Reklamy na tej stronie umieszczane są przez właścicieli domeny
   
  Era Integracji
  SLADY LADOWAN
 



[…]

Któregoś popołudnia, spełniając życzenie gości, Meier zabrał ich na łąkę otoczo- ną ze wszystkich stron wysokimi świerkami, o której powiedział zgromadzonym tam osobom, że kilka dni wcześniej spotkał się tam w nocy z Plejadanami. Siedział z Semjase na trawie pod drzewami i rozmawiał przez godzinę. Słuchający go ludzie usiłowali wyobrazić sobie tą scenę – błyszczący, niemal nieważki pojazd, na którego pulsującej jasnym blaskiem powierzchni odbija się mroczna ściana lasu, ląduje nagle na łące, po czym wychodzi z niego smukła człekokształtna istota pełna łagodności i mądrości.
                W świetle dnia stojący obok Meiera ludzie ujrzeli odciśnięte w ziemi trzy duże kręgi – równo od siebie oddalone dziwacznie rozpłaszczone zawirowania o średnicy prawie dwóch metrów każdy, doskonale symetryczne i wyraźnie widoczne w wysokiej trawie.

[…]

Schutzbach wyjaśnił im, w jaki sposób Meier wykonał te zdjęcia podczas swoich kontaktów z Plejadanami.
- Jeśli chcecie zobaczyć ślady lądowania statku – dodał a właściwie dwóch, to są one jeszcze widoczne po kontakcie sprzed czternastu dni. Jeśli chcecie mogę wam je pokazać.
                Artykuł w „Quicku” ani słowem nie wspomniał o śladach lądowań. Herbert i Harold nie mieli pojęcia, że coś takiego w ogóle istniało. Kilka godzin wcześniej zastanawiali się, czy w ogóle zdołają odnaleźć Meiera, i jeśli tak, to czy jego przypadek okaże się wiarygodny, czy też okaże się nic nie wartym bajdurzeniem, podobnie jak wiele innych nie popartych żadnymi dowodami. I oto teraz siedzieli w jego domu i oglądali zdjęcia, które były jeszcze bardziej niezwykłe niż te opublikowane w prasie, co więcej, rozmawiali z człowiekiem, który towarzyszył Meierowi w drodze na miejsca kontaktów i chciał nawet pokazać im fizyczne ślady potwierdzające jego historię. Im dłużej oglądali zdjęcia i słuchali Schutzbacha, tym większą odczuwali ciekawość. Bez wahania przyjęli jego propozycję, wsiedli do samochodu i pojechali za nim uliczkami Hinwil. Wyjechawszy z miasta skierowali się na wąską boczną drogę. Zatrzymali się dopiero na jej końcu. Potem wysiedli z aut i poszli dalej pieszo.
- Przeszliśmy lasem około stu metrów – powiedział potem Herbert – i w pewnym momencie znaleźliśmy się na otoczonej ze wszystkich stron drzewami śródleśnej łące. Rosłą na niej bardzo wysoka trawa sięgająca prawie na wysokość jednego metra. Znajdowało się w niej sześć śladów zostawionych przez dwa statki, które tam wylądowały. Sfotografowałem je i pomyślałem: „To nie możliwe, nigdy przedtem czegoś takiego nie widziałem”. W miejscu śladów trawa układała się przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Ciekawe, że nie była połamana. Jeśli złamie się źdźbło to trawa opadnie, ale te tutaj nie były połamane. Wyrwałem kilka łodyg i dokładnie je obejrzałem. Żadna nie była złamana. Zupełnie nie mogłem tego zrozumieć. Kiedy się stoi w miejscu takim jak to, z miejsca przychodzi do głowy pytanie: „Skąd te ślady wzięły się tutaj”. Meier musiał tu dotrzeć samochodem, helikopterem albo jeszcze czymś innym. Ale to było niemożliwe. Drzewa rosły zbyt gęsto, aby można było tu dojechać samochodem.
                Oprócz śladów lądowania dwóch statków widać było jeszcze ślady stóp pozostawione przez jedną osobę prowadzące od miejsca lądowania do skraju lasem i z powrotem. Reszta wysokiej trawy była nietknięta i otaczała skierowane przeciwnie do ruchu wskazówek zegara zawirowania o średnicy prawie dwóch metrów. Owa polana była idealnym miejscem na potajemne spotkanie. Leżała blisko miasta, a jednocześnie była odosobniona i cicha – odgrodzona od świata wznoszącą się na wysokość 30 metrów ścianą gęsto rosnących drzew znakomicie maskującą miejsce lądowania i odlotu dziwnego, świecącego pojazdu.
- Zdjęcia były wyjątkowe – powiedział Herbert – ale to było nic wobec tego uczucia, jakiego doznawaliśmy, kiedy staliśmy wśród tych drzew i oglądaliśmy te ślady. To było coś wyjątkowego, naprawdę wyjątkowego. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Nie potrafię nawet tego wyjaśnić.
                Zatrzymawszy się na skraju lasu, Schutzbach wytłumaczył Herbertowi i Haroldowi, w jaki sposób Plejadanie prowadzili telepatycznie Meiera w wybrane miejsca, gdzie następnie lądowali i wychodzili ze statku, aby z nim porozmawiać; czasami jednak teleportowali go na pokład statku. Po wykonaniu przez Herberta kilku zdjęć śladów, zarówna z daleka jak i w zbliżeniu pokazującym poskręcaną trawę, wszyscy trzej wrócili do samochodów i ruszyli w drogę powrotną do Hinwil. W międzyczasie pojawił się Meier, lecz jak oświadczyła jego żona, nie mógł się w tej chwili z nimi spotkać. Mieli czekać na niego o godzinie 17 w restauracji obok dworca kolejowego w miejscowości Wetzikon. […]

Miesiąc później, po wymianie listów z Meierem, Herbert ponownie odwiedził Hinwil, tym razem sam, licząc na kontynuację rozmowy oraz na to, że zobaczy dalsze dowody. Tuż przed Hinwil skręcił po chwili namysłu w boczną drogę i udał się w miejsce, gdzie Schutzbach pokazał mu ślady po niedawnym lądowaniu.
                Chociaż przez ostatnie dwa tygodnie sierpnia utrzymywała się niezwykle upalna, słoneczna pogoda, rosnąca w obrębie rozległych wgnieceń trawa pozostała jędrna i zielona. W tym momencie ślady liczyły już sobie sześć tygodni, a mimo to widać je było równie wyraźnie, jak wtedy gdy Herbert oglądał je po raz pierwszy. Podobnie jak Schutzbach i wielu innych nie potrafił zrozumieć, jak mogło dojść do powstania tak dużych, skierowanych przeciwnie do ruchów wskazówek zegara zawirowań bez zgniecenia porastającej to miejsce trawy. Gdyby trawa została połamana, to w chwili obecnej jej źdźbła były by suche i brązowe. Skoro jednak taka nie była, to dlaczego się nie podniosła. Przez kolejne pięć weekendów Herbert wracał w to miejsce. Lecz trawa nie wyprostowała się. Rozrastała się przy samej ziemi, tworząc dziwne, płaskie sploty.
- A potem rolnik skosił trawę – powiedział Herbert. – Ale ślady pozostały w dalszym ciągu widoczne. Widziałem to na własne oczy.

[…]

Nazajutrz ponownie wyruszyli w teren. Tym razem ich celem była niewielka łąka otoczona ze wszystkich stron gęstym lasem, na której pojawiły się swego czasu dwa zestawy śladów. Na miejscu przystąpili do analizy zdjęć odcisków w trawie. Trawa nie została złamana, a jedynie przygięta do ziemi. Zgodnie z relacjami świadków utrzymywała się w tym stanie przez wiele tygodni. Od każdej grupy trzech mierzących po prawie dwa metry średnicy śladów prowadziły w obie strony pojedyncze nitki śladów stóp. Eldersowie popatrzyli na to wszystko z perspektywy prostej logistyki: w jaki sposób coś takiego można było zrealizować – narzędzia, czas, koszty, pomysł? Żaden pojazd nie mógł się zbliżyć do polany na bliżej niż 75 m. Czegokolwiek by nie użyto do spreparowania tych śladów, musiało być to lekkie i poręczne, tak aby można to było przenieść przez las, przynajmniej na wspomnianą odległość. Równocześnie zaś musiało posiadać odpowiednią masę do sprasowania trawy w doskonale płaską powierzchnię, przy czym ciężar całości musiał umożliwiać jednemu człowiekowi wprawienia urządzenia w ruch obrotowy i to bez stosowania centralnie umieszczonej osi, na co wskazywała gładkość dna odcisku. Niezależnie od sposobu w jaki uzyskiwano obrót, procesem musiano sterować z punktu położonego na skraju jednego z okręgów, gdyż tylko tam widać było ślady stóp. Jak można wykonać podobny mechanizm? Jak go przetransportować? Jak przygnieść trawę aby pozostała żywa i jednocześnie nigdy się nie podniosła?



 
  Łącznie stronę odwiedziło już 122180 odwiedzających  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=